
Jeżeli logo ma być czytelne, to logo zespołów goregrindowych jest jego całkowitym przeciwieństwem. Jeżeli muzyka ma być przyjemna w odbiorze, to goregrind również zdaje się odrzucać tę zasadę.
Przypadek? Niekoniecznie.
Twórcy muzyki metalowej od dekad próbują przesuwać granice estetycznej akceptowalności. W latach 80. i 90. szokowały demony, czaszki i cmentarze. Death metal dorzucił makabryczne ilustracje inspirowane horrorami klasy B i podręcznikami anatomii.
Ale później wydarzyło się coś ciekawego. Pojawił się goregrind. A następnie jeszcze bardziej ekstremalne odmiany, takie jak gorenoise.
I nagle cały ten wyścig o większą brutalność zaczął przypominać własną parodię. Logo zespołów przestały być trudne do odczytania. Stały się praktycznie niemożliwe do odczytania. Nie wyglądają już jak litery. Przypominają plamy, skrzepy, rozlane wnętrzności albo biologiczne artefakty nieznanego pochodzenia.
Co ciekawe, to samo stało się z okładkami płyt.
Zamiast pokazywać coś obrzydliwego, coraz częściej jedynie sugerują obrzydliwość. Rozmyte zdjęcia, pikselizacja, estetyka cenzury. Nie wiemy dokładnie, na co patrzymy. Wiemy tylko, że prawdopodobnie nie chcielibyśmy tego zobaczyć w pełnej rozdzielczości.
Podobną drogę przeszły tytuły utworów:
- The Sound of Rancid Juices Sloshing Around Your Coffin
- Horrific Compositions of Decomposition
- The Complicated Reflex and Depraved Scent of the Retrograde Reflux in Formula
- Turbo Queef Tornado
Po przekroczeniu pewnego poziomu brutalności przestają być szokujące. Zaczynają przypominać surrealistyczną poezję, medyczny dadaizm albo żart, którego nikt już nie kontroluje.
I właśnie tutaj goregrind staje się interesujący z projektowego punktu widzenia.
Dobre logo powinno być czytelne.
Dobra okładka powinna komunikować treść.
Dobra muzyka powinna być przyjemna w odbiorze.
Goregrind bierze każdą z tych zasad i pyta:
„A co jeśli nie?”
Powstaje estetyka, która świadomie sabotuje własną funkcję. Logo nie chce być czytelne. Muzyka nie chce być przystępna. Okładka nie chce być jednoznaczna.
Jedyny czytelny komunikat, którego znajdujemy na okładkach kapel grindcore, goregrind i powerviolence, to symbol przekreślonej nuty. I może właśnie dlatego goregrind trudno traktować całkowicie poważnie. W przeciwieństwie do wielu innych ekstremalnych nurtów nie budzi on strachu ani oburzenia. Po przekroczeniu pewnej granicy obrzydliwość zamienia się w absurd, a absurd — w humor.
W efekcie najbardziej ekstremalna muzyka świata często wywołuje nie grymas obrzydzenia, lecz uśmiech.