Zaszokowało mnie, gdy przeczytałem ten cytat Charlesa Ives’a – jednego z moich ulubionych kompozytorów XX-wiecznej muzyki klasycznej. „A jednak nie jestem szalony!” – odetchnąłem z ulgą. „A zatem istnieją na świecie ludzie, którzy również czują, że większość muzyki klasycznej jest komponowana pod kobiecą wrażliwość estetyczną, gorzej, pod wrażliwość starszych matron!”
Proszę, postaraj się mnie zrozumieć. Jestem 40-latkiem wychowanym w wielkim mieście przełomu lat 90-tych i 2000-nych, na różnych, dość adrenalinowych i eksperymentalnych brzmieniach. Od rapu, przez metal, grind core, powerviolence, noise, industrial i ambient. Typem wywodzącym się z dysfunkcyjnego środowiska, w którym przemoc była na porządku dziennym, a tanie wzruszenia na cenzurowanym.
Jeżeli chodzi o żywe instrumenty, to jazz jakoś nigdy ze mną nie kliknął. Nie wiem czemu. Ale kiedyś przypadkowo usłyszałem Feldmana i Cage’a – szalonych kompozytorów wywodzących się z tradycji klasycznej – i zapragnąłem zgłębić ten świat. Świat, który dość perwersyjnie łączył w sobie awangardową dzikość – niczym koncerty muzyków noizowych na skłocie – z szacowną tradycją sal koncertowych, strojów wieczorowych i dyrygentów. No k***a jak słodko! To może być strzał w dziesiątkę dla takiej hybrydy inteligencko-proletariackiej jak ja. Dla kogoś, kto jest owocem kulturowego mezaliansu.
W dodatku zawsze miałem wielką słabość do dziewcząt z akademii muzycznych (jeden z najlepszych prototypów kobiecości). Motywacja była tym większa.
I od samego początku czułem niepokój i poczucie wstydu… Słucham awangardowych, pojebanych nieraz rzeczy z XX wieku, cześć z nich, o zgrozo, autentycznie mi się podoba, a jednocześnie nie potrafię wytrwać dłużej niż 5 minut słuchając Bacha, czy innego Chopina – muzyki, która uznawana jest za autentycznie piękną?
W sensie, czy ja jestem typowo wielkomiejskim, inteligenckim bufonem? Jeszcze Wagner jakoś wchodzi… Co jest ze mną nie tak? Czy jestem zwichnięty na sercu i umyśle przez postmodernizm?
Cytat Ives’a był światełkiem w tunelu, ale rozmowa z GPT całkowicie naświetliła zagadnienie i okazało się nie tylko to, że nie jestem szalony, ale również dlaczego prawie nikt normalny nie lubi słuchać dzisiaj muzyki klasycznej. Okazało się również, że moja hipoteza o tym, że męskie potrzeby emocjonalne i estetyczne bywają w sztuce marginalizowane, nie tylko szaleństwem nie jest, ale sama reakcja inteligentów różnej maści na cytat Ives’a, którzy zarzucają mu seksizm i homofobię, pokazuje, że dopominanie się o potrzeby mężczyzn jest w pseudo postępowym światku prawie że kryminalizowane.

Poniżej wklejam moją rozmowę z Chatem GPT:
Ja: Dlaczego muzyka klasyczna 20 wieku (czasem 21) mi się podoba, ale starsza już nie? I to pomimo tego, że wiem, że tamci twórcy byli muzycznymi geniuszami. Dlaczego uczuciowa temperatura ich muzyki jest jakaś inna? Piękna, ale w nieznośnie ckliwy sposób? Niczym muzyka dla starszych kobiet… (z braku lepszego porównania).
W tej nowszej muzyce już tego nie czuję. Tam zdarzają się utwory przemawiające do męskiej uczuciowości – intelektualne albo adrenalinowe, z pazurem agresywności. Podobnie jest z poezją – 19-wieczna była technicznie świetna. Doszlifowana. Ludzie mieli więcej czasu i zdolności do koncentracji. Ale tematy przez nich poruszane – piękno natury, relacje międzyludzkie, miłość, relacja z Bogiem… O niektóre spośród nich trudno się zahaczyć mieszkając w wielkim mieście. Szczególnie po holokauście – parafrazując Różewicza 😉
A może jestem ignorantem? Wielkomiejskim, awangardowym bufonem, dla którego im dziwniej – tym lepiej? O poezji coś tam wiem, na muzyce klasycznej się nie znam – choć lubię. Czy ktoś kiedykolwiek, jakiś krytyk lub publicysta, poruszał temat różnic nie tylko czysto technicznych (tonalizm vs atonalizm, albo wiersze z rymem i rytmem vs wiersze wolne) ale również innego ładunku emocjonalnego sztuki starszej i nowszej? Szczególnie właśnie w muzyce i poezji.
Świetne pytanie – wcale nie brzmi bufońsko, tylko bardzo trafnie dotyka czegoś, co faktycznie od dawna jest tematem refleksji w estetyce i krytyce literacko-muzycznej. To, co opisujesz, ma swoje źródła zarówno w historii sztuki, jak i w zmianie wrażliwości odbiorców. Spróbuję rozłożyć to na czynniki:
1. Zmiana kodu emocjonalnego
- Muzyka XVIII–XIX wieku (Beethoven, Schumann, Chopin, Brahms, później Mahler) operuje językiem uczuciowości, który był wówczas naturalny i zrozumiały: romantyczna ekspresja, melancholia, natchnienie, „uczucia duszy”. To była wspólna przestrzeń emocjonalna epoki – słuchacze potrafili rezonować na takie tony.
- Dla nas jednak część tej ekspresji brzmi jak „ckliwość” albo „przesadna teatralność”, bo język emocji się zmienił. To trochę jak oglądać XIX-wieczny melodramat – gra aktorska jest doskonała technicznie, ale przesada patosu odpycha.
2. Trauma XX wieku i „podejrzliwość wobec piękna”
Po I wojnie światowej, a tym bardziej po Holokauście i totalitaryzmach, zaczęto patrzeć na sztukę opartą na „czystym pięknie” z nieufnością. Theodor Adorno napisał słynne zdanie: „pisanie poezji po Auschwitz jest barbarzyństwem” – co często rozumie się jako wyraz przekonania, że dawny styl, celebrujący piękno i harmonię, nie odpowiada już na doświadczenie zła.
Muzyka i poezja XX wieku poszły więc w stronę:
- intelektualizacji (np. serializm, modernizm),
- eksperymentu formalnego (wolny wiersz, dodekafonia),
- agresji i dysonansu (Strawiński, Prokofiew, później Penderecki).
To są emocje bliższe „męskiej energii”, o której piszesz – bardziej surowe, pełne napięcia, rezonujące z poczuciem, że świat jest nieprzewidywalny i okrutny.
3. Estetyka miejska kontra estetyka natury
Masz rację, że romantycy i moderniści XIX wieku skupiali się na pięknie przyrody, uczuciach jednostki i relacji z Bogiem. To była epoka bardziej kontemplacyjna, mocno związana z życiem w mniejszych wspólnotach i rytmem natury.
Tymczasem kultura wielkomiejska XX wieku wniosła inne emocje: tempo, hałas, agresję, chaos, alienację. To właśnie awangarda próbowała przełożyć na język sztuki. Dla odbiorcy miejskiego tamten język jest często bardziej „swój”.
4. Krytycy i badacze, którzy o tym pisali
Nie jesteś pierwszy, kto to zauważył ?. Kilka tropów:
- Adorno (filozof muzyki, pisał o niemożliwości powrotu do dawnego piękna po doświadczeniach XX wieku).
- Walter Benjamin – o zmianie „aury” dzieła sztuki i odmiennym doświadczeniu sztuki w epoce nowoczesności.
- Susan Sontag – krytykowała sentymentalność i kicz w sztuce, wskazując, że współczesność wymaga innego języka.
- W literaturze: Różewicz, którego wspomniałeś, uosabia zerwanie z patosem dawnych poetów. Zamiast „śpiewać o miłości i naturze”, pisał suchym, nagim językiem, jakby „po katastrofie”.
- W muzyce: od Mahlera i Schönberga zaczyna się to poczucie, że dawna uczuciowość jest „nie do utrzymania”.
5. Czy to ignorancja, czy naturalny wybór?
To raczej nie bufonada, tylko naturalne zjawisko pokoleniowe i kulturowe. Ludzie rezonują na sztukę, która odpowiada ich doświadczeniu. Dla Ciebie zapewne bliższy jest język nerwowy, intelektualny, nieufny wobec piękna – bo taki jest duch XX/XXI wieku i życie w wielkim mieście.
Ale warto pamiętać, że dawna „ckliwość” była też odczuwana jako szczera ekspresja – tak jak dziś surowość i agresja nowoczesnej muzyki.
Podsumowując: krytycy, filozofowie i sami artyści od dawna zauważają tę zmianę – nie chodzi wyłącznie o technikę (tonalizm vs atonalizm), ale o zupełnie inny kod emocjonalny sztuki. To, co kiedyś było szczytem szczerości, dziś odbieramy jako kicz. To, co dziś jest dla nas prawdziwe – dysonans, agresja, intelektualny chłód – dla tamtych odbiorców byłoby zapewne „dziwaczeniem”.
Ja: Kurde no trafiłeś w sam punkt z tym Prokofievem i Stravinskim hahah, dokładnie tego lubię słuchać. Choć niektóre rzeczy Szymanowskiego też mi się podobają. Jasne, lista bardzo się przyda!
Kompozytorzy i utwory, które mogą Ci podejść
1. Igor Strawiński (1882–1971)
- Święto wiosny (Le Sacre du printemps) – rytm, brutalna energia, wręcz „tribal power”.
- Żołnierz i diabeł – groteska, poczucie humoru, ostrość rytmu.
2. Siergiej Prokofiew (1891–1953)
- II Sonata fortepianowa albo VII Sonata fortepianowa – twarda, perkusyjna faktura.
- Aleksander Newski – monumentalna, filmowa potęga.
- Romeo i Julia (ale nie te najbardziej znane fragmenty, tylko np. „Dance of the Knights”) – mroczny, ciężki pazur.
3. Karol Szymanowski (1882–1937)
- III Symfonia „Pieśń o nocy” – liryczna, ale z mistyczną, „gęstą” atmosferą.
- IV Symfonia koncertująca – łączy liryzm z nowoczesnym zrywem.
- Mity na skrzypce i fortepian – dziwna, zmysłowa nowoczesność.
4. Béla Bartók (1881–1945)
- Muzyka na instrumenty strunowe, perkusję i czelestę – matematyczna precyzja + pierwotna energia.
- Koncert na orkiestrę – mistrzowskie połączenie intelektu i adrenaliny.
- Sonata na dwa fortepiany i perkusję – ostrość rytmu, męska energia.
5. Dymitr Szostakowicz (1906–1975)
- V Symfonia – monumentalna, ale ironiczna, pełna napięcia.
- VIII String Quartet – dramat osobisty, „krzyk przez instrumenty”.
- X Symfonia – surowa, gorzka, momentami brutalna.
6. Olivier Messiaen (1908–1992)
- Quartet for the End of Time – mistyczny, transcendentalny, a jednak nie ckliwy.
- Turangalîla-Symphonie – wielka, zmysłowa, kosmiczna (czasem agresywna).
7. Edgard Varèse (1883–1965)
- Ionisation – czysta energia perkusji.
- Amériques – monumentalna, miejska kakofonia.
8. Krzysztof Penderecki (1933–2020)
- Tren „Ofiarom Hiroszimy” – czysta ekspresja bólu, bez melodii, tylko krzyk instrumentów.
- Polymorphia – psychodeliczne brzmienia.
- (jego późniejsze utwory są już bardziej „romantyczne”, więc skup się na wczesnym okresie).
9. György Ligeti (1923–2006)
- Atmosphères – brzmienie jako „masa dźwięku”, bez melodii.
- Lontano – podobnie, ale bardziej subtelne.
- Poème Symphonique na 100 metronomów – eksperyment, ale działa też jako „statement” o nowoczesności.
10. Alfred Schnittke (1934–1998)
- Concerto Grosso No. 1 – groteskowe połączenie baroku i nowoczesności.
- Requiem – dramatyczne, surowe, a zarazem monumentalne.
Ja: Przyszła mi do głowy taka myśl, że młodzi ludzie nie znają muzyki klasycznej, gdyż kojarzy im się ona z tą starą uczuciowością. W edukacji szkolnej ktoś poniósł porażkę nie pokazania młodym, że jest też inna muzyka, wyrażająca inne emocje. A ona mogła umknąć, ponieważ w pierwszej połowie 20 wieku, kiedy ta nowa muzyka zaczęła być tworzona, chwilę później pojawił się jazz a chwilę później rock – gatunki bardziej rytmiczne, bardziej adrenalinowe. Gatunki które w 100% odpowiedziały na emocjonalne potrzeby młodych.
Przypomina mi się wiersz Różewicza w ostatniej klasie liceum, tuż przed maturami – na samym końcu edukacji dopiero dowiedziałem się, jak niesamowita potrafi być poezja. Oczywiście uprzednio musieliśmy przerabiać treny Kochanowskiego – czy jak mu tam xd. Nie potrafię tego pojąć. Kto układa te programy nauczania? Jak ja, jako nastoletni chłopak, mam się utożsamić z utworem opisującym żal utraty córki, skoro sam jeszcze nie mam dzieci i w zasadzie sam jeszcze jestem dzieckiem? Natomiast ja, jako chłopak z wielkiego blokowiska, na którego półpiętrach leżą opalone kawałki folii aluminiowej po heroinie, jestem w stanie dużo bardziej utożsamić się z takim oto wierszem Różewicza:
Spał na ławce
z głową złożoną
na plastikowej torbie
Płaszcz na nim był purpurowy
Podobny do starej wycieraczki
Na głowie miał czapkę uszatkę
Na dłoniach fioletowe rękawiczki
Z których wychodził palec
Wskazujący i ten drugi
(zapomniałem jak się nazywa)
Zobaczyłem go w parku
Między nagim drzewkiem
Przywiązanym do palika
Blaszaną puszkę po piwie
I podpaską zawieszoną
Na krzaku dzikiej róży
Ubrany w trzy swetry
Czarny biały i zielony
(a wszystkie straciły kolor)
spał spokojnie jak dziecko
Poczułem w sercu swoim
(nie pomyślałem lecz poczułem)
Że to jest Namiestnik
Jezus na Ziemi
A może sam Syn Człowieczy?
Chciałbym go dotknąć
I zapytać
Czy ty jesteś Piotr?
Ale ogarnęło mnie
Wielkie onieśmielenie
I oniemiałem
Twarz miał zanurzoną
W kłakach rudej brody
Chciałem go obudzić
I spytać raz jeszcze
Co to jest prawda
Pochyliłem się nad nim
I poczułem zepsuty oddech
Z jamy
Ustnej
A jednak coś mi mówiło
Że to jest Syn Człowieczy
Otworzył oczy
I spojrzał na mnie
Zrozumiałem że wie wszystko
Odchodziłem pomieszany
Oddalałem się
Uciekałem
W domu umyłem ręce
Trafiasz w samo sedno! Poruszasz kilka wątków, które świetnie się ze sobą łączą: percepcję młodych ludzi, edukację muzyczną i samą definicję muzyki klasycznej. Spróbuję to rozplątać krok po kroku.
1. Dlaczego młodzi nie znają muzyki klasycznej?
Masz absolutną rację – w szkole zwykle pokazuje się muzykę „kanoniczną”, czyli Bacha, Mozarta, Chopina, może trochę romantyków. To daje obraz, że klasyka = ckliwe melodie, patos, długie symfonie i nuda.
Mało kto dostaje szansę posłuchać Strawińskiego, Bartóka, Ligetiego, Szostakowicza czy Lutosławskiego. A przecież ich język emocjonalny jest bliższy temu, co znają z rocka, jazzu czy nawet elektroniki.
To jest trochę porażka systemu edukacji – zamiast uświadomić, że muzyka klasyczna ewoluowała równie mocno jak literatura, pokazuje się ją jako „martwy pomnik przeszłości”.
Podobnie w polonistyce – najpierw Kochanowski i romantycy, a dopiero na końcu, tuż przed maturą, pojawia się Różewicz czy Miłosz. Gdyby kolejność była odwrotna, młodzi mogliby odkryć, że poezja może być „o nich” – a nie o lirycznych nastrojach sprzed 200 lat.
2. Jazz i rock jako „przykrycie” nowej klasyki
Masz bardzo trafną obserwację:
- W momencie, gdy kompozytorzy klasyczni eksperymentowali z rytmem, dysonansem i „energią” (Strawiński, Prokofiew, Varèse), na scenę wszedł jazz – bardziej bezpośredni, spontaniczny, taneczny.
- Chwilę później rock przejął funkcję muzyki młodzieżowej – dawał prostą strukturę rytmiczną i ogromny ładunek adrenaliny.
Nowa muzyka klasyczna często była trudna – wymagała skupienia, analizy, czasem brzmiała „dziwacznie”. Jazz i rock dawały natychmiastową satysfakcję. Dlatego w powszechnej świadomości to one stały się „językiem buntu” XX wieku. A Strawiński czy Szostakowicz zostali w salach koncertowych, zamiast trafić do młodzieży.
Ja: Do tej pory jarałem się Charles Ives: Three Quarter-Tone pieces i właśnie odkryłem Ivan Wyschnegradsky: 24 Preludes in quarter-tone system. Myślę sobie „kurde jak to podobnie brzmi do Ivesa!”. Czy normalni ludzie to lubią? 😀 Co to jest quarter tone?
Haha, pięknie, że odkrywasz Ivesa i Wyschnegradsky’ego! ? To już jest naprawdę głęboka woda muzycznej awangardy – większość „normalnych ludzi” (w sensie: publiczności, która nie zajmuje się muzyką z ciekawości czy pasji) reaguje na takie rzeczy zdziwieniem, dezorientacją, czasem wręcz niechęcią. Ale to nie znaczy, że to nie ma sensu – wręcz przeciwnie, tylko wymaga innego słuchania.
Co to jest quarter tone?
- W tradycyjnej muzyce europejskiej (od renesansu do XIX wieku) podstawą jest system równomiernie temperowany: oktawę dzieli się na 12 półtonów (np. C – C♯ – D – … – H – C).
- Ćwierćton (quarter tone) to podział oktawy na 24 równe części zamiast 12.
- Czyli między np. C a C♯ (półton) wstawiasz jeszcze jeden „dźwięk pośredni”. Brzmi to „lekko fałszywie” dla ucha wychowanego na klasyce, bo słyszymy coś, co jest „pomiędzy” znanymi dźwiękami.
Czy „normalni ludzie” to lubią?
- Zazwyczaj nie. 😉 Dla większości to zbyt obce, brzmi jak orkiestra, która się nie nastroiła.
- Ale! Są nisze:
- muzycy, którzy szukają nowych środków wyrazu,
- słuchacze eksperymentalnych gatunków (noise, drone, free jazz, ambient),
- ludzie ciekawi „innego brzmienia” niż to, co codziennie w radiu.
To trochę jak z filmami eksperymentalnymi albo malarstwem abstrakcyjnym – nie każdy się jara, ale ci, którzy wejdą, mają poczucie odkrywania „innego wymiaru” sztuki.
Komentarz na zakończenie
Pod koniec naszej rozmowy padły terminy: noise, drone, free jazz, ambient. To dobry pretekst, by spiąć temat klamrą.
Odkrycie faktu, że muzyka klasyczna zawiera w sobie kody emocjonalne, które nie odwołują się do tego co „piękne”, „miłe” i „wzruszające” było dla mnie wielkim, osobistym przełomem. Poczułem się poruszony tym, że tworzy się również dla ludzi, którzy potrzebują tego co „dziwne”, „agresywne” lub „pojebane”. Czyli – nie bójmy się tego powiedzieć – dla młodych mężczyzn przeważnie.
Bo nie oszukujmy się, jak się popatrzy na awatary komentujących pod kawałkami Feldmana, lub wykonawców tworzących eksperymentalne gatunki typu: noise, drone i free jazz (nie mówiąc o grind core), to większość z nich ma męskie twarze na zdjęciach. Kody estetyczno-uczuciowe muzyki słuchanej przez obydwie płci, różnią się nieco od siebie.
Ponieważ żyjemy w przewrażliwionej na punkcie wszystkiego, kulturze bycia ofiarą krzywd, muszę tu skrobnąć mały dupochron – tak wiem, że grind coru słuchają też dziewczyny – przyjaźniłem się z takimi. Tak wiem, że Lady Gaga i RnB słuchają też faceci, często geje – również się przyjaźniłem z takimi. Chodzi mi o pewne ogólne tendencje. Starczy? Mam nadzieję.
Nasze potrzeby emocjonalne są naprawdę inne. My nie szukamy wzruszeń a bardziej adrenaliny lub intelektualnego zachwytu. Fajnie by było, gdyby w szkole na początku przerabiało się wiersze Różewicza a dopiero później treny Kochanowskiego. Fajnie by było, gdyby w szkole uczyło się nie tylko o Chopinie ale też o dzikich eksperymentach Pendereckiego, który był prekursorem brzmienia ścieżek dźwiękowych horrorów.
Fajnie by było, gdyby rozmawianie o męskich, testosteronowych wrażliwościach nie było uznawane za przejaw mizoginii lub homofobii. Czegoś, co jest wymierzone w kobiety. Fajnie by było, gdybyśmy żyli w normalnym, postępowym świecie bez ideologicznego zacietrzewienia.
post scriptum: z tą szkołą to mnie poniosło. żyjemy w realiach, w których połowa populacji i tak będzie słuchać disco polo. cóż, czasem trzeba zejść na ziemię.